Jestem absolwentką polonistyki. Swoje życie zawodowe rozpoczęłam od pracy nauczycielki języka polskiego, następnie byłam dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Łochowie. W latach 1998-2001 pełniłam funkcję starosty węgrowskiego. W latach 2001-2002 byłam wicewojewodą mazowieckim, a w latach 2003-2007 Prezesem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Później pracowałam w spółkach Miasta Stołecznego Warszawy. Obecnie pełnię funkcję Członka Zarządu Województwa Mazowieckiego.
Jestem wieloletnią radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Oprócz filologii polskiej ukończyłam podyplomowe studia: zarządzanie oświatą, audyt i kontrola wewnętrzna, zarządzanie projektami współfinansowanymi z Unii Europejskiej. Zdałam również egzamin państwowy uprawniający do zasiadania w spółkach skarbu państwa.
Prywatnie jestem mamą dwójki dzieci i babcią Julki i Gabrysi.

 

 

 

 

Kim chciała być Pani w dzieciństwie?
Elżbieta Lanc: Pielęgniarką.  O zostaniu lekarzem nie marzyłam. Chciałam pomagać ludziom i pielęgniarka wydawała mi się wtedy najlepszym zawodem.

Jakie miała Pani dzieciństwo?
Pochodzę z mazowieckiej wsi. Dorastałam w Ogrodnikach w powiecie węgrowskim. Rodzice posiadali 5-hektarowe gospodarstwo, którym zajmowała się głównie mama, bo ojciec pracował na kolei. Gdy  miałam 8 lat, przeprowadziliśmy się do pobliskiego Sadownego. W sąsiedztwie wśród moich rówieśników byli sami chłopcy, z którymi zawsze rywalizowałam. We wszystkim chciałam być najlepsza, pierwsza nauczyłam się czytać. Kiedy dostałam rower, od razu pojechałam się ścigać z chłopakami, ale skończyło się to dla mnie dość nieprzyjemnym wypadkiem, co na pewien ostudziło moje ambicje.
Od najmłodszych lat marzyłam o wyrwaniu się z Sadownego. Nie chciałam zostać na gospodarstwie, które zresztą nie miało perspektyw.  Gleby w tym rejonie są najsłabsze w Polsce, klasy VI.

Gdy nadszedł czas wyboru kierunku studiów, zdecydowała się Pani na polonistkę. Dlaczego?
To był nie był do końca mój wybór. Chodziłam do wiejskiego liceum i byłam dobra ze wszystkich przedmiotów. Pasjonowała mnie biologia i kształciłabym się w tym kierunku, gdyby nie to, że miałam świetną nauczycielkę polskiego, Alicję Zyśk, która rozbudziła moje zainteresowanie literaturą. Dziś wiem, że od tego, w jaki sposób nauczyciel pokieruje zainteresowaniami ucznia zależy wiele. Może wyzwolić potencjał albo go uśpić.
Liceum w Sadownem wspominam bardzo dobrze. Wychowawcą mojej klasy był mąż polonistki, Henryk Zyśk, matematyk o duszy humanisty. Pochodził z Sadownego i wierzył, że od jego zaangażowania zależy nasza przyszłość. Bardzo dbał o to, żebyśmy się wszechstronnie rozwijali.  Często organizował wyjazdy do teatrów w Warszawie. Zresztą nie tylko do teatrów, również do filharmonii, opery i na wystawy.  W szkole działały kółka zainteresować:  teatralne pani Zyśk,  taneczne prowadzone przez wuefistów państwa Chmielewskich i inne. Moi rodzice byli prostymi ludźmi, wszystkiego uczyłam się od moich nauczycieli z Sadownego. Bez nich nie byłabym w miejscu, w którym dziś jestem.

A jednak wróciła Pani w rodzinne strony po studiach. Co się stało, że zmieniła Pani zdanie?
Byłam już mężatką i miałam dwuletniego syna. Nie zanosiło się na własne mieszkanie w innym miejscu Polski. W szkole w Sadownym akurat był wakat. O powrocie «do mamy»  przesądziły względy praktyczne.

Jak się Pani odnalazła się jako nauczycielka?
Praca nauczyciela nie ogranicza się do prowadzenia lekcji.  To także bycie wychowawcą, inspirowanie zainteresowań w kołach naukowych i wiele innych zajęć. Kiedy zostałam dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Łochowie, zaczęłam współpracować z burmistrzem i rodzicami młodzieży. LO w środowisku wiejskim to wielka rzecz, ale równie ważne jest kształcenie zawodowe, uwzględniające potrzeby rynku pracy. Już wtedy tak myślałam, dlatego powołałam liceum ekonomiczne. Wiązało się to z rozbudową budynku, zwiększeniem grona nauczycielskiego i podjęciem wielu innych kroków, ale okazało się, że się opłaciło.
Pracowałam w szkole 17 lat i czułam się spełniona.

Kiedy doszedł do głosu temperament samorządowca?
Nie szukałam zmiany. Propozycję zostania starostą powiatu węgrowskiego złożyli mi lokalni samorządowcy, którzy obserwując moją aktywność jako dyrektora szkoły, uznali, że będę się  nadawała. Zostałam też szefową Konwentu Powiatów Województwa Mazowieckiego. Do dziś jestem z tego dumna, bo byłam wówczas jedyną kobietą wśród starostów na Mazowszu.  

Nie miała Pani wątpliwości, czy podoła wyzwaniom?
O dziwo, nie. Nie tylko zresztą wtedy. Każdą następną propozycję wiążącą się z działalnością na nowym polu, traktowałam jako możliwość zrobienia tam czegoś dobrego.

Pomaga Pani ludziom nie tylko z urzędu subwencjonując inicjatywy społeczne, ale też przychodzi z pomocą indywidualnym osobom, które się do Pani zwracają. Przed laty, jeszcze jako starosta węgrowski, stanęła Pani na głowie, żeby zdobyć fundusze na hormon wzrostu dla obcego dziecka. Czas się wtedy bardzo liczył. Dla młodego mężczyznę, który urodził się z niewykształconymi kończynami, znalazła Pani pracę w urzędzie marszałkowskim. Empatia to cecha wrodzona, czy można ją wypracować?
Chyba jednak wrodzona, ale uważam, że można ją też w sobie wykształcić. 
Dziewczynka, dla której udało się zdobyć hormon wzrostu jest dziś młodą, atrakcyjną kobietą. Skończyła studia. Czasem mnie odwiedza i opowiada, co się u niej dzieje. To jedne z najprzyjemniejszych dla mnie chwil.
Tego młodego mężczyznę znam od dziecka, jest moim krajanem, rówieśnikiem mego syna. Niesamowicie dzielny chłopak! Skończył studia. Niedawno zakochał się z wzajemnością i założył rodzinę. Oczekuje z żoną dziecka. Byłam na ich ślubie. Kiedy Panna Młoda wypowiadała słowa przysięgi „… i nie opuszczę cię aż do śmierci” – rozpłakałam się.  Nie ukrywam, że ten chłopiec jest dla mnie kimś wyjątkowym i stał mi się bliski. Ale w większości pomagam ludziom, których nie znam. Jeżeli tylko mogę coś dla kogoś zrobić, natychmiast przystępuję do działania. Odkąd jestem w samorządzie, który daje mi więcej możliwości, tym bardziej się angażuję. Przychodzenie z pomocą sprawia mi przyjemność. Naprawdę. 

Co by Pani powiedziała ludziom, którzy są wrażliwi na cudzy los, ale nie wiedzą jak pomóc lub nie wierzą w skuteczność swoich wysiłków?
Nie żyjemy w próżni. Jeżeli sami nie możemy nic poradzić, na pewno jest w naszym otoczeniu ktoś, kto będzie mógł i chciał pomóc. Ludzie z natury lubią pomagać, przekonałam się o tym wiele razy. Czasami wystarczy jeden krok, choćby samo nagłośnienie sprawy, żeby uruchomić kaskadę pomocy. Ale musi się znaleźć osoba, która zrobi ten pierwszy krok.

Co miało wpływ na kształtowanie Pani charakteru?
Ludzie, których spotykałam na swojej drodze. Na każdym etapie mojego życia obcowałam na co dzień  z osobami, które miały żyłkę społecznika. Ich zapał udzielał mi się i uczyłam się od nich wspierania innych. 
Wiele zawdzięczam mamie, która nauczyła mnie samodzielności. Niczego nie dostałam gotowego na tacy. Wszystko do czego doszłam, musiałam sama wypracować. Żeby mieć siłę do realizacji trudnych zadań, a ja się takich wielokrotnie podejmowałam, trzeba być samodzielnym.  Bez tej umiejętności byłoby krucho.

Jakich wartości w życiu nigdy by się Pani nie wyrzekła?
Pozytywnego nastawienia do ludzi  i uczciwości. Jeżeli funkcjonuje się w przestrzeni samorządowej tak długo jak ja, trzeba zachować twarz. Nie wyrzekłabym się też empatii, którą w sobie najbardziej lubię.

Jak dużo Pani od siebie wymaga?
Myślę, że dosyć dużo. Przede wszystkim tego, żeby w każdej sprawie, która zostaje mi powierzona dać z siebie maksimum i zrobić wszystko, co można. Staram się, by praca w samorządzie, która mnie rzeczywiście pochłania, nie odsuwała na drugi plan mojej roli matki, babci i przyjaciółki.  Zależy mi na tym, by najbliżsi też mogli na mnie liczyć w każdej sytuacji.

Co teraz w Pani pracy jest dla Pani najważniejsze?
Jest parę takich projektów. W ramach Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej dopinamy już na ostatni guzik mazowiecką kartą dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, lada moment będzie to już konkret. Przystępujemy do utworzenia w Radomiu domu dla osób po 20 roku życia z głębokimi niepełnosprawnościami. Takiego miejsca w Polsce jeszcze nie ma. To wielorakie wyzwanie, bo ten  ośrodek wymaga nie tylko specjalnych przystosowań infrastrukturalnych, ale także odpowiednio przygotowanego personelu. Po otwarciu Siedleckiego Centrum Onkologii, nadszedł czas na budowę centrum medycznego leczącego pacjentów po przebytych udarach.   

A poza pracą?
Zdrowie i szczęście moich wnuczek: prawie 5-letniej Julki, córki syna i bez mała 2-letniej Gabrysi, córeczki mojej córki. Chciałabym, żeby chodziły do szkoły, która da im różnorodne możliwości rozwoju i były szczęśliwe w dorosłym życiu. Nie spodziewałam się, że wnuczki aż tak zawładną moimi uczuciami.  

Jak wygląda Pani przeciętny dzień?
Zaczyna się zazwyczaj o szóstej rano. Czasem od Nordic walking, bo codziennie jakoś nie mogę się zdobyć na poranny spacer z kijkami. Moje obowiązki wymagają częstych wyjazdów poza Warszawę. Muszę być wszędzie tam, gdzie realizujemy aktualnie zadania. Wtorki są dniami zarządowymi i wtedy cały dzień spędzam na naradach w urzędzie.  Mój dzień pracy kończy najwcześniej o 17, a zdarza się, że i po 20. Na ogół mam też zajęte weekendy, ponieważ  tzw. eventy odbywają się w soboty lub w niedziele. Kiedy się zdarzy jakiś wolny weekend, mam wrażenie, że czegoś nie zrobiłam. Ale wtedy wynajduję sobie prace domowe. Sprzątam sama i cieszę się, że mam na to jeszcze siłę.

Jaki ma Pani stosunek do upływu czasu?
Nie mam czasu, żeby o tym myśleć. W sensie emocji i siły wewnętrznej, czuję się, jakbym wciąż miała 30 lat. Niekiedy „pesel” daje znać o sobie, są dni, kiedy jestem w gorszej formie fizycznej, ale rytm mojej pracy, który wymusza aktywność, utrzymuje mnie w dobrej kondycji.